Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Binio Bill. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Binio Bill. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 sierpnia 2016

Inowrocław

Dnia 7 sierpnia, w rocznicę 75 urodzin Jerzego Wróblewskiego - jednego z najwybitniejszych twórców polskiego komiksu, autora niezapomnianej serii komiksowej „Kapitan Żbik” oraz autora nasyconego niebanalnym humorem „Binio Billa”, zapraszamy na spotkanie autorskie poświęcone biografii artysty – „Jerzy Wróblewski okiem współczesnych artystów komiksowych”. Autorem pracy o życiu i twórczości urodzonego w Inowrocławiu rysownika jest Maciej Jasiński, bydgoski twórca scenariuszy komiksowych. Książka zawiera materiały pochodzące ze zbiorów rodzinnych, listy, szkice i rysunki mistrza nigdzie do tej pory nie publikowane. Warto wspomnieć, że 26 maja 2011 r. inowrocławscy radni podjęli uchwałę w sprawie nadania jednej z ulic miasta imienia Jerzego Wróblewskiego.

 Na to wyjątkowe spotkanie zapraszamy 7 sierpnia, o godz. 16:00 do kawiarni „Róże Fiołki i Aniołki” (sala różana), ul. Królowej Jadwigi 25, Inowrocław. Wstęp wolny. Spotkanie poprowadzi inowrocławski artysta rysownik Jarosław Wojtasiński.

piątek, 8 kwietnia 2016

Binio Bill kręci western i ... w kosmos!

                                        
Więcej...

środa, 25 maja 2011

Ulica Jerzego Wróblewskiego w Inowrocławiu


Jerzy Wróblewski przy rozłożonych planszach komiksu z serii „Kapitan Żbik”. Prawdopodobnie 1977 rok.
26 maja inowrocławscy radni podejmą uchwałę w sprawie nadania jednej z ulic miasta imienia Jerzego Wróblewskiego.

W uzasadnieniu uchwały prezydent Inowrocławia napisał:

Z wnioskiem o nadanie nazwy ulicy, o której mowa w § 1 uchwały, wystąpiła do Prezydenta Miasta Inowrocławia Komisja Statutowa i Nazewnictwa.

Jerzy Wróblewski urodził się 7 sierpnia 1941 r. w Inowrocławiu. Był rysownikiem i autorem komiksów. Debiutował już w 1959 r. w popularnej bydgoskiej popołudniówce „Dzienniku Wieczornym”, publikując sensacyjne opowieści rysunkowe. Był wtedy uczniem Liceum Plastycznego. Przez następne dwadzieścia lat "Dziennik Wieczorny" opublikował ponad siedemdziesiąt historyjek Wróblewskiego. W 1969 r. wydał pierwszą część komiksu „Kapitan Żbik”, a od 1973 r. przejął całkowicie serię, tworząc w sumie trzydzieści „kolorowych zeszytów”.

Równolegle tworzył komiksy do magazynu „Relax”. Wróblewski publikował w „Relaksie” niemal przez cały czas istnienia magazynu. Po latach rysowania dla „Dziennika Wieczornego” był mistrzem westernu. Do swej ulubionej konwencji powrócił w „Świecie Młodych”, gdzie zupełnie inną, humorystyczną kreską kreślił perypetie dzielnego szeryfa Binio Billa.

Zmarł 10 sierpnia 1991 r. w Bydgoszczy. Pochowany jest w rodzinnym grobowcu na cmentarzu parafii Zwiastowania Najświętszej Marii Pannie w Inowrocławiu.


 Pełen tekst uchwały.

Uroczyste odsłonięcie tablicy odbędzie się najprawdopodobniej już 11 czerwca podczas Dni Inowrocławia i będzie połączone z wystawą prac Jerzego Wróblewskiego.

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Binio Bill i Gwiazdy – Ziomale, czyli odcinek bydgoski


Kontekst dzisiejszej galerii trybutowych portretów Binio Billa zawiera się w tytule wpisu. Wszyscy autorzy, których prace pokazujemy poniżej są bydgoszczanami a ich wariacje na temat Binia znalazły się w broszurce „Binio Bill... I Gwiazdy”.

Ilustracja - Łukasz Ciaciuch
Łukasz Ciaciuch jest specem od rysunków reklamowych i animacji. Od zawsze jednak także miłośnik komiksu. Tworzył jednak głównie humorystyczne paski. Na dłuższe komiksy dał się dopiero namówić Maciejowi Jasińskiemu, do którego scenariuszy zrobił cykl o Żbiku („Warto wstąpić” dla kujawsko-pomorskiej policji), cykl o Kazimierzu Wielkim („Przygody Króla Kazimierza” dla jednej z bydgoskich uczelni) czy komiks „Pociąg do wolności” zamieszczony w antologii „11/11=niepodległość”. Łukasz to także laureat konkursu na kontynuację przygód Kajka i Kokosza (scenariusz Maciej Jasiński) oraz autor jednego z komiksów z cyklu „Polscy Olimpijczycy” – tego o Szurkowskim. Od dłuższego czasu zapowiada tajemniczy album. Czekamy.
Ilustracja - Andrzej Janicki
Andrzej Janicki w swojej ilustracji postanowił odejść od cartoonowego wizerunku, Binia, aby umieścić go na okładce magazynu, stylizowanego na jedno z wielu, bardzo starych, pulpowych pisemek amerykańskich. Wydaje się, że Binio w wersji bardziej realistycznej wypada przekonująco i mógłby z powodzeniem występować obok całej rzeszy westernowych herosów takich jak: Wyatt Earp, Pecos Bill, Buffalo Bill, Tom Mix, Masked Rider, Billy the Kid, Nevada Jim, czy El Diablo... Królujących swego czasu za oceanem na łamach komiksów i magazynów z literaturą popularną.
Ilustracja - Szymon Kaźmierczak
Szymon Kaźmierczak powiada o sobie tak: „Komiksy rysuję zazwyczaj z myślą o konkretnym konkursie, chociaż od dłuższego czasu nie daje mi spokoju myśl o dłuższym projekcie, którego wizja coraz wyraźniej krystalizuje się w mojej głowie. Do wzięcia udziału w akcji rysowania Binio Billa podszedłem ze sporym entuzjazmem. Cieszę się, że mogłem w ten sposób uczcić postać rudowłosego kowboja i jego Autora. Moje starsze prace można obejrzeć na digarcie, nowsze będę wklejać na nowo powstałym blogu.
PS. Mam nadzieję, że moja siostrzenica, pytająca się, dlaczego narysowany przeze mnie kowboj ma taką dziwną głowę, jest osamotniona w skojarzeniu obfitej grzywy Binia z wodogłowiem, bądź zespołem Prometeusza.”
Ilustracja - Jacek Przybylski
 Jacek Przybylski - Nauka w bydgoskim liceum plastycznym mogła go skutecznie zniechęcić do rysowania komiksów, ale na szczęście wpadał na piwo do Andrzeja Janickiego i Jacka Michalskiego, co podbudowało jego morale. Do tego stopnia, że wraz z kolegami założył pismo „Kontra”. Ubiegły rok miał wyjątkowo pracowity. Najpierw komiks o siostrze Faustynie, a później – chyba najlepszy w jego dorobku – album o obronie poczty gdańskiej „Pierwsi w boju”.
Ilustracja - Krzysztof Trystuła
Krzysztof Trystuła – Przez lata w zaciszu domowym rysował, rysował i rysował. Rysował też komiksy na zlecenie z Francji, ale projekt został zawieszony. I tu znowu ręka/ głos/ dar przekonywania Macieja Jasińskiego dał znać o sobie. Namówił Krzysztofa na jednoplanszówkę w stylu „Bajek dla dorosłych” Christy. Wyszło znakomicie, a komiks ukazał się w antologii wydanej na MFKiG 2010. Największy komiksowy splendor spłynął na Krzysztofa, gdy wygrał w listopadzie ubiegłego roku konkurs na komiks o Heweliuszu (ze scenariuszem nie wiem, kiedy znajdującego czas na pisanie i wymyślanie Macieja Jasińskiego). Album ukaże się w tym roku na BFK.
Ilustracja - Janusz Wyrzykowski
Janusz Wyrzykowski – młodszy z dwóch braci, których geny/ los/ Bóg obdarzyli talentem komiksowym. Już pierwsze prace Janusza zdradzały jego rodzący się charakterystyczny styl (np. komiks w antologii „Człowiek w Probówce”). Wspierał bydgoską gwardię w projekcie komiksu o Solidarności, oraz stworzył znakomitą opowieść w antologii „11/11=Niepodległość”. Komiks „Pewnego razu przy ul. Długiej” (scenariusz, jakże by inaczej, Maciej Jasiński) był zgodnie uznawany za najlepszą pracę z tego zbioru. Wielki talent Janusz potwierdził także rysując bardzo dynamiczny pierwszy tom „Pierwszej brygady” – jednej z niewielu polskich steampunkowych historii komiksowych.

Bardzo dziękujemy!

piątek, 8 kwietnia 2011

Binio, Moe... I Biceps

 

Łowcy autografów, duzi i mali kolekcjonerzy komiksowych unikatów!!! Przypominamy, że jeżeli ktoś z was ma chrapkę na broszurkę „Binio Bill... I Gwiazdy” (z wieloma cennymi autografami) oraz najnowszy komiks Piotra „Jaszcza” Nowackiego zatytułowany „Moe” (z rysografem) może stać się ich posiadaczem w bardzo prosty sposób. Wystarczy zajrzeć na stronę magazinu „Biceps” i rozwiązać krzyżówkę. Finał zabawy w niedzielę, zatem jest jeszcze dużo czasu na główkowanie. Serdecznie zachęcamy!

piątek, 1 kwietnia 2011

Binio Bill i Gwiazdy – Jaszczu, Kurt, Titos2k


Bohaterami dzisiejszej prezentacji biniowych trybutów są trzej artyści, których grafiki szczęśliwie znalazły się na stronach broszurki  „Binio Bill... I Gwiazdy” Szczęśliwie, bo są bez wątpienia jej bardzo cennymi składnikami a w przypadku Tomka Zycha, określenie „szczęśliwie” dotyczy także faktu, że jego praca dotarła do mnie dosłownie w ostatniej chwili.

Piotr „Jaszczu” Nowacki bez cienia wahania odpowiedział na zaproszenie do udziału w publikacji, której pojawienie się na „Bydgoskiej Sobocie z Komiksem” nie było jeszcze w stu procentach pewne. Mało tego, chociaż proponowałem mu wykorzystanie ilustracji, którą narysował jeszcze w 2009 roku (a oryginał podarował firmie BB Team), Piotrek odpisał: „Na rzecz tak znakomitej publikacji przygotuję z przyjemnością nową graficzkę, albo nawet jakąś jednoplanszówkę...” - i jak tu nie kochać tego gościa!

Ilustracja - Piotr „Jaszczu” Nowacki
Plansza z Biniem, którą ostatecznie przesłał, kryła w sobie kolejną niespodziankę! Jak widać na załączonym obrazku, Jaszczu postanowił dać upust swojej kolejnej (poza twórczością J. Wróblewskiego) fascynacji i zaproponował scenkę z ducha i formy bliską innemu znanemu bydgoszczaninowi, Mistrzowi Butenko!

Ilustracja - Kamil „Kurt” Kochański
Do kreski Kamila „Kurta” Kochańskiego „poczułem miętę” od chwili pojawienia się jego plansz na łamach „Produktu” i do dzisiaj z ciekawością wyczekują wszelkich nowinek, które wrzuca na swojego bloga lub do galerii na deviantART. Wielka szkoda, że Kurt trochę zaniedbuje branżę komiksową z powodu swojej pracy nad grami dla Pastel Games i filmami animowanymi (m.in. „Jeż Jerzy”), ale taki to już jest los, komiksiarzy. Pomysł by na jego grafice Binio Bill wystąpił razem z zombiakami kupiłem w ciemno i z wielkim entuzjazmem. I stało się, efekt jest po prostu świetny!

Ilustracja - Tomek „Titos2K” Zych
Last but not least, w dzisiejszym odcinku „tańca z gwiazdami” jest Tomek Zych, dobrze znany jako Titos2k. Jak już wspomniałem Binio w wykonaniu Tomka załapał się na publikację w broszurce dosłownie rzutem na taśmę. Bardzo nas to ucieszyło, bo w ten sposób dostaliśmy słodziutki, lemoniadowy, nasycony kolorami obrazek... Dokładnie w tym charakterystycznym, cartoonowym stylu, do jakiego już zdążył nas przyzwyczaić. Zerknijcie sobie koniecznie na galerię rysunków i projektów Tomka, bo jest, czym oko nacieszyć.

Bardzo dziękujemy!

piątek, 25 marca 2011

Binio Bill i Gwiazdy – Krl, Śledziu, Graphicus


Do najbardziej udanych akcentów tegorocznej Bydgoskiej Soboty z Komiksem można zaliczyć publikację broszury „Binio Bill... I Gwiazdy”. Papierowa emanacja naszego cyklu rozchodziła się jak ciepłe bułeczki, ale oczywiście nie wszyscy chętni będą mogli ją zdobyć.

Ruszamy, zatem z prezentacją kolejnych trybutowych ilustracji i by nazbyt nie dręczyć wszystkich zainteresowanych autorów i fanów Binio Billa zdecydowaliśmy się na pokazywanie kilku ilustracji jednocześnie. Dzisiaj przedstawiamy świetne rysunki Karola Kalinowskiego i Michała Śledzińskiego, którymi zdążyli się już pochwalić na swoich poletkach (1, 2). Oba znalazły się w broszurce przygotowanej na BSzK 2011 a grafika Śledzia trafiła nawet na rozkładówkę, bo szkoda nam było radykalnie pomniejszać ilustrację wykonaną tak drobną kreską.

Ilustracja - Karol „Krl” Kalinowski
Czy jest sens pisać choćby skrótową informację o tych twórcach? Chyba nie. Obaj są świetnie znani w komiksowym światku i również poza nim, a jeżeli ktoś naprawdę o nich jeszcze nie słyszał, to i tak lepiej by zapoznał się z tym, co bez trudu można znaleźć na ich temat w internecie. Blogi KRL`a i Śledzia poprowadzą was do wielu ciekawych miejsc.

Ilustracja - Michał „Śledziu” Śledziński
Autorem kolejnej ilustracji jest Bartek „Graphicus” Kuczyński. Bartek rysował Binia z myślą o naszej publikacji, ale niestety nie udało nam się zgrać w odpowiednim czasie, dlatego Jego hołd dla Mistrza Wróblewskiego i jego sztandarowej postaci w niej się nie znalazł.

Ilustracja - Bartek „Graphicus” Kuczyński
Informacje o Graphicusie można znaleźć na jego blogach: Arctic, Miejsce na poddaszu oraz na Graphicusowej Stronie Komiksowej. Bartek jest absolwentem Akademii Medycznej w Poznaniu i już w trakcie studiów publikował swoje rysunki w uczelnianym pisemku. Chociaż rysowanie nie jest Jego zawodem, coraz częściej możemy spotkać jego prace w różnych publikacjach komiksowych.

Bardzo dziękujemy, Panowie!

wtorek, 8 marca 2011

Binio Bill... I Gwiazdy


To tytuł broszury, która dzięki wsparciu Urzędu Miasta Bydgoszczy pojawi się na tegorocznej Bydgoskiej Sobocie z Komiksem. Otrzyma ją każdy, kto przybędzie do Bydgoszczy na imprezę!

Projekt okładki: Andrzej Janicki - Rysunek: Jerzy Wróblewski
Co znajdziemy w środku? Oczywiście Binio Billa w różnych odsłonach, narysowanego przez kilkunastu autorów: Łukasza Ciaciucha, Andrzeja Janickiego, Karola „KRL-a” Kalinowskiego, Szymona Kaźmierczaka, Kamila „Kurta” Kochańskiego, Jacka Michalskiego, Piotra „Jaszczu” Nowackiego, Dariusza „Pałę” Palinowskiego, Jacka Przybylskiego, Krzysztofa „Krisa” Różańskiego, Michała „Śledzia” Śledzińskiego, Krzysztofa Trystułę, Janusza Wyrzykowskiego, Tomasza Zycha.

Bardzo się cieszymy, że cykl „Binio Bill i Gwiazdy” zaledwie rozpoczęty na blogu będzie miał swoją papierową wersję. Blogową galerię będziemy sukcesywnie uzupełniali o wszystkie nadesłane do nas prace.

Ósmy marca jest oczywiście Dniem Kobiet i z tej okazji życzymy Paniom (zwłaszcza tym, które kochają komiksy) wszystkiego najlepszego. Nie jest to jednak jedyna okazja do świętowania. Nasz znakomity kolega, Jacek Michalski... Obchodzi dzisiaj 47 urodziny!!! Jacku, STO LAT i realizacji wszystkich komiksowych i niekomiksowych marzeń!!!

W ten szczególny dzień przedstawiamy jedną z tych ilustracji, które znalazły się broszurce, autorstwa Jacka Michalskiego.

Ilustracja: Jacek Michalski
W gronie bydgoskich komiksiarzy żartujemy sobie niekiedy, że wykreowana przez Jerzego Wróblewskiego tradycja nakazuje nam popełnić jakiś komiksowy western. Jacek Michalski, dzisiejsza Gwiazda naszego cyklu, kilkukrotnie inspirował się światem dzikiego zachodu. Western był jednym z częstych tematów historyjek, które rysował długopisem w szkolnych zeszytach, ale i znacznie później m.in. w trakcie służby wojskowej, gdzie powstawał „Roy”, regularnie wywieszany na gazetce ściennej i opublikowany ostatecznie w 1989 roku (wyd. Akar). Wpływ westernowej stylistyki można bez wysiłku odnaleźć również w innych komiksach Jacka Michalskiego.

czwartek, 3 marca 2011

20 - lecie „Awantury” - Okiem fana


Ilustracja: Marcin Chudzik
  Piątka zapaleńców postanowiła zmienić szare, zacofane i bardzo dalekie od ich wyobrażeń oblicze polskiego komiksu na wzór tego, którym zachwyciła się po lekturze zachodnich magazynów i albumów komiksowych. Z numeru na numer „Awantura” krzepła i stawała się rozpoznawalna na polskim rynku. Rozwój był widoczny i co potwierdza się w zapowiedziach redakcji, zmierzał w bardzo słusznym kierunku. Niestety, rysownicy nie mieli szczęścia do sponsorów. Ukazały się tylko cztery numery pisma. O narodzinach „Awantury” i ciekawostkach związanych z magazynem mogliśmy poczytać w kilku odsłonach - wspomnieniach, napisanych przez Andrzeja Janickiego, Karola Wiśniewskiego i Krzysztofa Różańskiego (na jego własnym blogu). Ja, chciałbym zwrócić uwagę na historię, która się działa obok.

 W 1990 r. George Bush (senior), rozprawiał się na irackiej pustyni z polskimi czołgami należącymi do Saddama Husajna. Trwała wojna o Kuwejt. Była to pierwsza wojna (operacje „Pustynna Burza”, „Pustynny Miecz” i „Nagły Grom”) relacjonowana na żywo przez najważniejsze telewizje świata. Wojska koalicyjne pokonały złego dyktatora wiosną 1991 r.

 Tymczasem w Polsce, jesienią 1991 roku magazyn „Awantura” zakończył swój prasowy żywot. Poza tym - Milicja była już Policją, zamykano zakłady pracy, przedszkola, szkoły zakładowe a tuż obok, zupełnie niespodziewanie rodziły się ogromne fortuny. Prezydent RP, Lech Wałęsa miał swoją „Wojnę na górze” i wyrzucał z kraju radzieckie wojska. W kinach triumfowały oskarowe filmy: „Tańczący z wilkami” Kevina Costnera i świetny „Dick Tracy” Warrena Beatty. W tym roku był jeszcze niezniszczalny „Kevin sam w domu”, „Wojownicze Żółwie Ninja”, „Pamięć absolutna”... A wśród krajowych produkcji straszył (niskim poziomem) „Powrót Wilczycy” Marka Piestraka i całkiem realną grozą „Korczak” Andrzeja Wajdy. Wielki marsz ku sławie rozpoczął również Andrzej Sapkowski, publikując pierwszy zbiór opowiadań o „Wiedźminie”.

 Nasz, wygłodzony przez lata, rodzimy rynek komiksów żarłocznie pochłaniał przygody „Thorgala” i „Szninkiela” spółki Van Hamme - Rosiński, „Wieczną wojnę” Haldemana i Marvano, „Asteriksa” Goscinnego i Uderzo, Batmana w „Zabójczym żarcie” Alana Moora i Briana Bollanda...

 Młode wilki z Bydgoszczy (i nie tylko), też starały się mocno kąsać czytelników. Do dziś zwraca uwagę szata graficzna „Awantury”, chociaż dwadzieścia lat temu nie było mowy o komputerowym składzie, a redaktorzy korzystali jedynie ze swoich manualnych zdolności. Pismo miało lakierowaną okładkę, dobry papier, (który nie pożółkł mimo upływu 20 lat). Strony są solidnie spięte nie wylatują, jak to ma miejsce m.in. we współczesnych wydaniach miesięcznika „Star Wars”. Dzięki takim osobom jak: Jerzy Szyłak, Witold Tkaczyk, Tomasz Marciniak, mocną stroną pisma była również publicystyka przybliżająca polskim czytelnikom świat komiksu zachodniego.

 A jak same historie? Bez fajerwerków, ale bronią się do dzisiaj. W warstwie graficznej, najgorzej prezentuje się wykonana pospieszną, nazbyt szkicową kreską „Księga przejść” Romana Maciejewskiego. Ciekawie rozwijało się milutkie fantasy Krzysztofa Różańskiego „Oxana”, (w trzecim numerze możemy podziwiać tytułową heroinę w kąpieli:). Tu jednak można się czepiać koloru i mało odważnej kreski. „Polowanie” Witolda Tkaczyka i Andrzeja Janickiego rozgrywające się po wojnie atomowej, robiłoby wrażenie do dziś, gdyby nie zbyt patetyczny język. „Stalowa Twierdza” będąca w całości autorstwa Janickiego, zdradzała jego skłonność do fantastyki typu kosmicznego, która niestety nie cieszy się zainteresowaniem wśród krajowych autorów. Czekałem na większą dawkę tego typu historii. Andrzej Janicki dopiero wypracowywał swoją świetną kreskę. Znakomicie prezentują się wykonane przez niego reklamy pisma, ilustracje i satyryczny obrazek z lwem, na ostatniej okładce trzeciego numeru. W rysunkach A. Janickiego i J. Michalskiego widać wpływ filmów z Arnoldem Schwarzeneggerem i Sylvestrem Stallone. Jacek Michalski szybko zaczął igrać z tradycyjną anatomią i proporcjami postaci w swoich komiksach. W „Samotniku” poszukiwał jeszcze swojego stylu, by w „Conanie...” go znaleźć. Temu rysownikowi odwagi na pewno nie zabrakło. Mięśnie rysowanych przez niego osiłków puchną jak bąble na powierzchni gotującej się zupy. A, że komiksowa zupa nie była za słona, świadczyły pochwalne listy czytelników (mowa o komiksie „Conan & Atala”). Jednak to chyba „Miasto trędowatych” Wojtka Birka wygrałoby ranking popularności. Nie można pominąć komiksu z serii „Binio Bill”, mistrza Jerzego Wróblewskiego, z którym redakcja ledwie rozpoczynała współpracę.

 Żal, że przygoda z „Awanturą” trwała tak krótko. Podejrzewam, że teraz, nauczeni doświadczeniem twórcy, poprowadziliby magazyn pewniejszą ręką i zamiast „Awantury” zrobiliby prawdziwą ROZRÓBĘ!

Marcin Chudzik

piątek, 7 stycznia 2011

WOŚP



Bydgoscy twórcy komiksu włączają się w tegoroczną zbiórkę Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy Wszystkich fanów komiksu i nie tylko zapraszamy do licytowania przedmiotów wystawionych przez nas w portalu aukcyjnym WOŚP.

Wśród nich m.in. takie rarytasy jak oryginalne plansze Andrzeja Janickiego i Jacka Michalskiego oraz Macieja „Simsona” Simińskiego, komiks „Binio Bill i Szalony Heronimo” z autografem córki Jerzego Wróblewskiego, a także niedostępne już na rynku portfolio Mistrza o numerze 001!!!

Całkowity dochód z aukcji jest oczywiście przeznaczony na WOŚP.

środa, 7 kwietnia 2010

Pasja rysowania

Niektórzy ludzie wydają książki, tak jakby produkowali ulotki reklamowe. Wszystko im jedno kto i czym drukowany papier zapisał. Sprzedają zaś te książki tak jakby sprzedawali, na przykład, warzywa – najlepiej hurtowo, na kilogramy dążąc do maksymalizowania zysków poprzez „obcinanie” kosztów. Oczywiście wszelka działalność handlowa, w tym wydawnicza, ma w założeniu przynosić zyski. Szczególnie jeżeli w przedsięwzięcie angażuje się swój wysiłek, czas i środki. Jednak dobry wydawca to nie tylko ten, który kieruje się chęcią zysku. To nie tylko ten, który ma dobre rozeznanie w rynku, pewną intuicję co będzie, a co nie będzie poczytne. Dobry wydawca publikując książki kieruje się także innymi celami. Przede wszystkim starając się sprzedać dzieło autora, równocześnie stara się tego autora przedstawić publiczności w szerszym kontekście. Wychodzi więc poza to, co każe zwyczajowa promocja pisarza, czyli poza rodzaj „transakcji wiązanej” polegającej na tym, że nagłaśnianie twórcy ma wspierać lepszą sprzedaż jego książki. Poza tym kontekstem twórca zazwyczaj nie występuje. Dobry wydawca rozumie natomiast, że przedstawianie autora polega na czymś innym niż tylko na nagłaśnianiu jego nazwiska i tytułu jego najnowszej książki. Chodzi o budzenie autentycznego zainteresowania twórcą, a także o budowanie o nim pewnej sumy wiedzy. Szczególnie jeżeli to zainteresowanie ma dotyczyć postaci mało znanej lub niesłusznie zapomnianej. Wtedy wydawca musi zdobyć się na naprawdę spory wysiłek, żeby odnieść sukces wydawniczy. Jeżeli to się powiedzie to rozumie on, że nie tylko sprzedał określoną ilość książek, ale przede wszystkim jego zwycięstwo polegało na tym, że wygrał promowany przez niego autor. Bo to jest jego autor. Biorąc pod uwagę fakt, że opisana wyżej strategia wydawnicza nie jest zbyt często spotykana niezwykle cieszy inicjatywa twórców Wydawnictwa BB Team z Bydgoszczy, którzy postanowili przypomnieć twórczość klasyka polskiego komiksu Jerzego Wróblewskiego. Chodzi o niewydaną do tej pory i przez szereg lat uznawaną za zaginioną (oprócz kilku plansz) pracę „Binio Bill… i Szalony Heronimo”. Od razu należy stwierdzić, że jest to dobra inicjatywa wydawnicza – w tym sensie, o którym była mowa wcześniej. Jest to też publikacja wydana porządnie, z dbałością o jej wymiar estetyczny. Odpowiedzialność za jej kształt graficzny wziął na siebie znany rysownik komiksów Andrzej Janicki (opracowanie graficzne i projekt okładki). W tych wysiłkach wspierał go Roman Maciejewski (liternictwo) zaś od strony technicznej nad wysoką jakością komiksu pracował Maciej Kowalski. W rezultacie czytelnicy otrzymali atrakcyjne wizualnie dzieło. Warto dodać, że oprócz samego (liczącego 50 stronic) czarno-białego komiksu na wewnętrznych stronach okładki, jak również w kończącym album artykule „Binio Bill – kowboj znad Wisły” autorstwa Macieja Jasińskiego, zaprezentowano szereg interesujących faktów dotyczących omawianego tytułu, serii o „Binio Billu” i oczywiście na temat dokonań artystycznych Jerzego Wróblewskiego. W rezultacie analizowana publikacja stanowi spójną całość i nie tylko dobrze się „prezentuje” od strony estetycznej, ale stanowi źródło konkretnej wiedzy na temat twórczości bydgoskiego rysownika. Tak więc omawiane wydawnictwo może w pełni satysfakcjonować czytelników ponieważ zadbano o jego wartość estetyczną i merytoryczną. Nie należy się temu dziwić wszak, w niczym nie uchybiając wydawcom, należy pamiętać, że o jakość plastyczną samego komiksu „zadbał” już dawno temu Jerzy Wróblewski. Nieprzypadkowo rysownik ten uznawany jest za jednego z klasyków polskiego komiksu. Zanim więc powiemy coś więcej o samym komiksie (rysunkach i scenariuszu) warto niewtajemniczonym, bodaj w wielkim skrócie wyjaśnić, dlaczego Jerzy Wróblewski zasługuje na miano klasyka polskiego komiksu. Zazwyczaj słowu „klasyk” towarzyszy słowo „artysta”. Jednak w czasach kiedy słowo „artysta” straciło swoje dawne, wyraziste znaczenie i do tego grona zalicza się na przykład najbardziej trywialne gwiazdy pop-kultury, słowo „rzemieślnik” brzmi bardziej rzeczowo i wiarygodnie. Dlatego wolę w stosunku do Jerzego Wróblewskiego używać określenia „rzemieślnik” komiksu, przypisując temu słowu najlepsze konotacje: fachowość, rzetelność i konsekwencję. Są to „odwieczne” cechy dobrych rzemieślników i bydgoski rysownik je posiadał. Istotnie, Wróblewski pielęgnował w swojej twórczości etos pracy rzemieślnika, ale nie oznaczało to wcale, że pozbawiona była ona znamion artyzmu. Przeciwnie, Jerzy Wróblewski był artystą w bardzo tradycyjnym znaczeniu tego słowa. Tak samo jak artystami byli dawni mistrzowie malarstwa czy rysunku, kiedy wspinali się na szczyty swoich rzemieślniczych umiejętności i latami wypracowywali swój styl rysowania bądź malowania. Sądzę, że Wróblewski zgodziłby się z Edgarem Degas’em, który na pytanie dlaczego wciąż cierpliwie poprawia swoje świetne przecież rysunki miał odpowiedzieć: „To by nie było takie zabawne gdyby nie było takie nudne”. Polski rysownik był obdarzony łatwością rysowania, ale rozumiał, że ta wspaniała umiejętność może być pułapką jeżeli nie będzie rozwijana. Klasyk nigdy nie kontentuje się mianem klasyka, tylko pracuje dalej. W przeciwnym razie staje się artystycznym kabotynem. Mówiąc krótko; to wysoka, nieustannie doskonalona jakość pracy, a nie deklaracje znawców czy krytyków komiksu (lub oświadczenia samego autora – jak to się czasem zdarza) pozwalają umieścić omawianego twórcę w gronie klasyków polskiego komiksu. Trzeba też wspomnieć o jeszcze jednym elemencie, który artyści lubią zawłaszczać sugerując, że jest charakterystyczny tylko dla ich aktywności, a którego przecież nie brakuje i wybitnym rzemieślnikom. Chodzi o autentyczną pasję tworzenia. Wydaje się, że dla Jerzego Wróblewskiego rysowanie komiksów było czymś więcej niż tylko źródłem zarobku, czy profesją. U źródeł jego pracy leżała wszak bezinteresowna potrzeba rysowania – nie tylko komiksów, których wykonał, jak na polskie standardy (i chyba nie tylko na polskie) bardzo dużo. Oprócz bowiem prac komiksowych tworzonych w dwóch stylach; realistycznym i groteskowym autor „Binio Billa” pozostawił po sobie m.in.: wiele dowcipów rysunkowych (brał udział w krajowych i zagranicznych wystawach rysunku satyrycznego i współpracował regularnie z pismem satyrycznym „Karuzela”), ilustracji książkowych, projektów graficznych i reklamowych. Wykonywanie zleceń dla lokalnej i ogólnopolskiej prasy a potem dużych, ogólnokrajowych wydawnictw było więc dla niego i pracą i realizowaniem pasji. Jerzy Wróblewski był także klasykiem polskiego komiksu ponieważ jak każdy klasyk wywierał określony wpływ na młode pokolenie rysowników. I to, jak wspomniano, w czasach niełatwych, kiedy nikt nie słyszał o lokalnych lub ogólnokrajowych spotkaniach twórców i miłośników komiksu, podczas których mistrzowie mogą prezentować się początkującym twórcom tej sztuki. Warto zauważyć, że podziwiali go mieszkający wtedy w Bydgoszczy młodzi adepci tego gatunku. Należał do tego grona m.in. Andrzej Janicki obecnie jeden z czołowych twórców współczesnego komiksu w naszym kraju. Wpływ Wróblewskiego na powstanie w Bydgoszczy tak znaczącego w skali kraju środowiska autorów komiksu był bardzo duży. W tym wypadku potwierdziła się reguła, mówiąca o tym, że pojawienie się w jakimś środowisku twórczym jednostki wybitnej stanowi cenny precedens i podstawę, na której można dalej owocnie pracować, pielęgnując jednocześnie dotychczasowe tradycje. Poza tym, talent Wróblewskiego nie był przytłaczający dla młodych rysowników, ale przeciwnie – wyzwalał w nich twórczą energię i zapał do pracy. W tym kontekście szczególną sympatię i uznanie budzi inicjatywa wydawnicza Janickiego – czy szerzej rzecz ujmując – cały szereg jego inicjatyw zmierzających do przypomnienia Bydgoszczanom, ale i miłośnikom komiksu w Polsce znaczenia Wróblewskiego dla rozwoju komiksu w naszym kraju. Można te wysiłki traktować przecież jako konsekwentne upominanie się dawnego ucznia o pamięć na temat dokonań mistrza. Nie jest to zbyt często spotykana postawa wśród artystów. Oczywiście uznanie należy się nie tylko wspomnianemu Andrzejowi Janickiemu, ale wszystkim osobom, które w taki, czy inny sposób próbowały i nadal próbują w takich inicjatywach brać udział. Jerzy Wróblewski nazywany jest dzisiaj klasykiem polskiego komiksu, ale bycie klasykiem nie jest zadekretowane odgórnie i prawdę powiedziawszy bydgoski rysownik nigdy się o to nie starał. Prawdopodobnie gdyby pracował z takim nastawieniem, żeby osiągnąć status „polskiego klasyka komiksu” – nigdy by nim nie został. Jego nie napędzały do pracy powierzchowne gratyfikacje i chęć zdobycia uznania, ale wspomniana już autentyczna potrzeba rysowania. Prawdę powiedziawszy klasykiem często staje się idąc wbrew dominującym prądom społecznym czy artystycznym. I w związku z tym, początkowo nic późniejszego uznania nie zapowiada. Tak było w przypadku Jerzego Wróblewskiego. Realizowanie pasji nie było łatwe w sytuacji kiedy trudności sprawiało nawet zakupienie podstawowych materiałów i mediów rysunkowych oraz malarskich. Kiedy status rysownika komiksów był bardzo niski. Zarówno status tego zawodu w odbiorze społecznym, jak i w optyce oficjalnych instytucji kulturalnych. Dominująca polityka kulturalna państwa była przecież odbiciem ogólnej strategii władzy z naturalną dla tej władzy instrumentalizacją kultury – w tym kultury popularnej. Twórcy komiksów w Polsce jeżeli chcieli zarabiać na życie rysując musieli zgodzić się na dobrowolną marginalizację. Dla Wróblewskiego, który był autentycznym, „urodzonym” pasjonatem komiksu, a szerzej rzecz ujmując – amerykańskiej kultury popularnej – wszelkie ingerencje w tematykę prac, wtłaczanie w komiks „słusznych” ideologicznie treści, musiało być i zapewne było trudne do zniesienia. Czuł się z tym źle jako człowiek, który myślał samodzielnie i nie był podatny na oficjalną propagandę polityczną. I czuł się z tym źle jako profesjonalista – bo scenariusze do których miał rysować na przykład przygody „Kapitana Żbika” – tworzone były bez znajomości warsztatu komiksowego, przez funkcjonariuszy MO. Oznaczało to, że były przeładowane treściami propagandowymi i dydaktycznymi. Nie najlepsza jakość takich scenariuszy musiała oddziaływać na jakość prac. Brak wpływu na tak ważną część procesu tworzenia komiksu jaką jest bez wątpienia scenariusz musiała być frustrująca. Nieprzypadkowo więc do najlepszych dzieł Jerzego Wróblewskiego należały te prace, które były wolne od polityki, i które były w pełni zaprojektowane i wykonane przez bydgoskiego rysownika. A miał on przecież nie tylko świetnie opanowany warsztat rysowniczy, ale dysponował też niemałym talentem scenarzysty. Wróćmy teraz do wydanego przez BB Team komiksu „Binio Bill… i Szalony Heronimo”. Oprócz tego, że jak dowiedziono było to dzieło nie tylko tytularnego, ale i rzeczywistego klasyka polskiego komiksu to reprezentowało ono najlepsze elementy jego twórczości. Czarno-białe rysunki dobrze oddają cechy stylu groteskowego jaki wypracował sobie Jerzy Wróblewski pracując nad komiksem o przygodach szeryfa z Rio Klawo od początku lat 80-tych („Szalony Heronimo” to ostatni z serii tych komiksów, ukończony w 1991 roku tuż przed śmiercią rysownika). Był to zatem komiks rysowany z niezwykłą lekkością i pewnością ręki. Nie odstawał też jakością scenariusza od wcześniejszych opowieści o Binio Billu. Czytelnik znajdzie w omawianym dziele spójną, sprawnie opowiedzianą historię przygodową z Dzikiego Zachodu. Pełną kowboi, Indian, żołnierzy kawalerii amerykańskiej, różnej maści opryszków, której dodatkowego waloru dostarcza obecność uroczej bohaterki o swojsko brzmiącym nazwisku Katherine Górsky. Jest to mówiąc krótko sprawnie skonstruowany western z widokami rozległej prerii w tle i zagubionymi na niej miasteczkami pogranicza oraz fortami wojskowymi. Wróblewski uwielbiał tego rodzaju fabuły i od lat tworzył je zarówno w konwencji realistycznej jak i groteskowej. Jednak talent tego rysownika nie polegał tylko na tym, że potrafił on stworzyć profesjonalne komiksy o tematyce westernowej. Wydaje się, że doskonale rozumiał istotę medium, którym się posługiwał. Chodzi o to, że komiks jest przede wszystkim narracją ludyczną, mającą dostarczyć czytelnikowi wiele bezpretensjonalnej i szczerej radości z lektury. W tym tkwi siła tego typu przekazów. W prostocie, która bywa niekiedy trudniejsza niż wysilania się na źle rozumianą „awangardowość”, którą w konsekwencji można tylko skomentować słowami Gombrowicza: „Im mądrzej tym głupiej”. Talent Wróblewskiego polegał na tym, że świetnie wyczuwał te ludyczne oczekiwania czytelników i potrafił je zaspokoić. Nie było łatwo wykreować nieskomplikowaną, ale właśnie w swojej prostocie ujmującą postać Binio Billa – głównego bohatera całej serii. Binio to przecież niemal idealny bohater komiksowy – a więc taki, którego komiksowe „życie” wydaje się dla odbiorcy zupełnie naturalne. Nie wymagające żadnych dodatkowych usprawiedliwień. A przecież stworzenie takiego bohatera nie było tak oczywiste, jak jego późniejsza akceptacja przez czytelników. Wystarczy prześledzić „westernowe” prace Wróblewskiego z dawnych lat, jeszcze z bydgoskiej popołudniówki „Dziennik Wieczorny”, żeby uświadomić sobie jak długi był proces dochodzenia autora do właściwego kształtu tej postaci – i w sensie rysunkowym i fabularno-charakterologicznym. W rezultacie tych długich procesów ratyfikacji i nawarstwiających się wpływów Jerzemu Wróblewskiemu udało się stworzyć na tyle charakterystyczną i lubianą postać, że po latach celebrujemy wydanie nieznanych wcześniej przygód szeryfa z Rio Klawo. W czym konkretnie tkwiła siła tego bohatera? Prawdopodobnie w tym, że Binio łączył w sobie najlepsze cechy typowego przedstawiciela westernu, jak odwagę i szlachetność z pewną oryginalną, lokalną specyfiką. Otóż Binio Bill godził w sobie elementy słowiańskiej nieobliczalności (szeryf bywał w swoich działaniach brawurowy niczym szwoleżer Kozietulski), amerykańskiego luzu (widać w tej postaci swobodę i umiłowanie przestrzeni typową dla bohaterów amerykańskich westernów) i polskiego zmysłu improwizacji (Binio jest przecież Amerykaninem polskiego pochodzenia). Poprzez takie skomponowanie postaci Binio Bill wydawał się polskiemu czytelnikowi niezwykle bliski, swojski, ale równocześnie „zachodni”, amerykański – co przez wiele lat dla Polaków oznaczało; bardzo atrakcyjny. Jednocześnie pomimo tego, że szeryf z Rio Klawo był zarówno pełnoprawnym „obywatelem” amerykańskich prerii i był z pochodzenia Polakiem udało się Wróblewskiemu uniknąć tak nieznośnej, a pojawiającej się czasem także w wytworach kultury popularnej, megalomanii narodowej (wspaniały Polak w Stanach Zjednoczonych!). Rysownik stworzył więc oryginalnego bohatera polsko-amerykańskiego (o czym powinny dowiedzieć się wreszcie zainteresowane ambasady obu krajów!). Kończąc omawianie nowo wydanego tytułu „Jerzy Wróblewski przedstawia: „Binio Bill… i Szalony Heronimo” należy raz jeszcze podkreślić wysoką jakość tego wydawnictwa, co jak zostało powiedziane, było zasługą zarówno osób publikujących komiks jak i talentu autora komiksu. Warto jednak sięgnąć po „Bino Billa” nie tylko ze świadomością, że najbliższy czas spędzimy miło przy jego lekturze (a to już niemało). Pamiętajmy jeszcze, że dzięki takim inicjatywom wydawniczym jak ta, wierni miłośnicy talentu Jerzego Wróblewskiego mieli okazję zapoznać się z nieznanymi wcześniej pracami bydgoskiego rysownika, zaś osoby, które o nim nie słyszały, a komiksem się interesują, miały szansę zaznajomić się z reprezentatywnym fragmentem jego dokonań artystycznych. Poza tym, przypominanie o klasykach komiksu polskiego to również dowartościowanie ich wpływu na naszą rodzimą kulturę. I za to również należą się wydawcom podziękowania – już nie tylko ze strony miłośników komiksu w naszym kraju, ale po prostu ze strony ludzi partycypujących w kulturze. Z przodu na okładce albumu umieszczono nagłówek: „Jerzy Wróblewski przedstawia”, zaś na jego końcu widnieją zapowiedzi kolejnych odcinków przygód Binio Billa. Pozostaje więc mieć nadzieję, że to poważne zobowiązanie Wydawców, niezależnie od trudności jakie się pojawią na ich drodze, zostanie zrealizowane. Warto w każdym razie żywić taką nadzieję.
JERZY WRÓBLEWSKI PRZEDSTAWIA: „BINIO BILL… I SZALONY HERONIMO”, Wydawnictwo BB Team, Bydgoszcz 2009. Autor recenzji: Dr Marcin Jaworski (Zakład Edukacji Artystycznej UMK w Toruniu)

wtorek, 12 stycznia 2010

NJUSY

środa, 30 grudnia 2009

Do siego roku!

  • Gildia Komiksu” zaprezentowała listę „Top 20” październikowych bestsellerów swojego sklepu w kategorii „komiks”. „Binio Bill i Szalony Heronimo” uplasował się na piątej pozycji. Następny lokalny akcent w tym notowaniu to ósma lokata Śledzia i „Porwania na srebrnym ekranie”, czyli trzeciej części „Wartości rodzinnych”.
  • O Śledziu, który wskrzesił polski komiks” - to tekst poświęcony dziesiątym urodzinom magazynu „Produkt”, zamieszczony przez Tomasza Pstrągowskiego w serwisie „Komiksomania”.
  • Także na prywatnym poletku Michała możemy znaleźć kolejną porcję wspomnień dotyczących „Produktu” i przy tej okazji chciałbym poinformować wszystkich zainteresowanych, że my również uchylimy nieco drzwi do „Archiwum P” i w ten sposób planujemy wkroczyć w rok 2010. Wszystkiego najlepszego!
Produkt 01/1999 - projekt okładki: Śledziu, Andrzej Janicki

czwartek, 17 grudnia 2009

Ranking

Album „Binio Bill i Szalony Heronimo” zajął 11 miejsce w głosowaniu na „Komiks Października 2009”, portalu Gildia Komiksu. Dziękujemy za głosy!

środa, 9 grudnia 2009

BIK

W najnowszym numerze „Bydgoskiego Informatora Kulturalnego" ukazał się artykuł Macieja Jasińskiego poświęcony premierze albumu „Binio Bill i Szalony Heronimo" oraz wystawie, która miała miejsce podczas MFKiG w Łodzi.

środa, 11 listopada 2009

Kolejna recenzja

Kowboj-Polak kontra Indianin-pijak” - recenzja albumu „Binio Bill i Szalony Heronimo” autorstwa Konrada Wągrowskiego w „Esensji”.

środa, 4 listopada 2009

Top 10

„Binio Bill i szalony Heronimo” w „Top 10” sprzedaży komiksów sklepu Gildia.

poniedziałek, 26 października 2009

Recenzja

W serwisie „Komiksomania” pojawiła się pierwsza i w dodatku bardzo miła recenzja albumu „Binio Bill i Szalony Heronimo” autorstwa Macieja Wycinka. Przy okazji, autor tekstu obdarował mnie mianem „legendy bydgoskiego komiksu”, zdecydowanie na wyrost, bo nie wiem, czym sobie na to zasłużyłem, ale bardzo dziękuję.

środa, 14 października 2009

W „Przekroju”

Wczoraj ukazał się nowy numer tygodnika „Przekrój”, a w nim relacja Sebastiana Frąckiewicza z MFKiG. Wśród tytułów wyróżnionych przez autora tekstu znalazł się komiks „Binio Bill i Szalony Heronimo”.

wtorek, 6 października 2009

Binio Bill w Łodzi

MFKiG 2009 już za nami. Zainteresowanie, opinie i wyniki sprzedaży komiksu „Binio Bill i Szalony Heronimo” sprawiły, że „BB Team” opuszczał festiwal w pogodzie ducha, chociaż na niebie kłębiły się czarne chmury i ostatecznie Łódź pożegnała nas deszczem. W imieniu całej ekipy chciałbym bardzo serdecznie podziękować wszystkim miłośnikom twórczości Jerzego Wróblewskiego za wszystkie bardzo miłe słowa, które usłyszeliśmy na temat naszej pracy, za wsparcie i trzymanie kciuków za powodzenie przedsięwzięcia. Szczególne wzruszył nas Jaszczu, czyli Piotr Nowacki, który sprawił nam prezent w postaci oryginału ilustracji prezentowanej na tym blogu, z miłą dedykacją. Chciałbym także podziękować Jarkowi Składankowi (Kultura Gniewu) za cenne informacje dotyczące spraw edytorskich, Tomkowi Tomaszewskiemu za pomysły promocyjne, KRL – owi min. za poczęstunek miodowym piwem, Haku za cierpliwe wyczekiwanie na mój powrót do stoiska „BB Team”, „Cyrkielni” za... zakąskę oraz wszystkim, którzy domagali się naszych autografów i zadawali wiele pytań dotyczących pracy nad albumem i planów wydawnictwa. Przedstawiciele rodziny Jerzego Wróblewskiego obecni na spotkaniu z publicznością w ŁDK, chociaż lekko stremowani także opuszczali festiwal nie kryjąc zadowolenia a nawet wzruszenia wywołanego sympatycznym przyjęciem i nieustającym zainteresowaniem twórczością Mistrza z Bydgoszczy (i Inowrocławia). Dziękujemy! ................................................................................................................................
Powered By Blogger