środa, 7 kwietnia 2010

Pasja rysowania

Niektórzy ludzie wydają książki, tak jakby produkowali ulotki reklamowe. Wszystko im jedno kto i czym drukowany papier zapisał. Sprzedają zaś te książki tak jakby sprzedawali, na przykład, warzywa – najlepiej hurtowo, na kilogramy dążąc do maksymalizowania zysków poprzez „obcinanie” kosztów. Oczywiście wszelka działalność handlowa, w tym wydawnicza, ma w założeniu przynosić zyski. Szczególnie jeżeli w przedsięwzięcie angażuje się swój wysiłek, czas i środki. Jednak dobry wydawca to nie tylko ten, który kieruje się chęcią zysku. To nie tylko ten, który ma dobre rozeznanie w rynku, pewną intuicję co będzie, a co nie będzie poczytne. Dobry wydawca publikując książki kieruje się także innymi celami. Przede wszystkim starając się sprzedać dzieło autora, równocześnie stara się tego autora przedstawić publiczności w szerszym kontekście. Wychodzi więc poza to, co każe zwyczajowa promocja pisarza, czyli poza rodzaj „transakcji wiązanej” polegającej na tym, że nagłaśnianie twórcy ma wspierać lepszą sprzedaż jego książki. Poza tym kontekstem twórca zazwyczaj nie występuje. Dobry wydawca rozumie natomiast, że przedstawianie autora polega na czymś innym niż tylko na nagłaśnianiu jego nazwiska i tytułu jego najnowszej książki. Chodzi o budzenie autentycznego zainteresowania twórcą, a także o budowanie o nim pewnej sumy wiedzy. Szczególnie jeżeli to zainteresowanie ma dotyczyć postaci mało znanej lub niesłusznie zapomnianej. Wtedy wydawca musi zdobyć się na naprawdę spory wysiłek, żeby odnieść sukces wydawniczy. Jeżeli to się powiedzie to rozumie on, że nie tylko sprzedał określoną ilość książek, ale przede wszystkim jego zwycięstwo polegało na tym, że wygrał promowany przez niego autor. Bo to jest jego autor. Biorąc pod uwagę fakt, że opisana wyżej strategia wydawnicza nie jest zbyt często spotykana niezwykle cieszy inicjatywa twórców Wydawnictwa BB Team z Bydgoszczy, którzy postanowili przypomnieć twórczość klasyka polskiego komiksu Jerzego Wróblewskiego. Chodzi o niewydaną do tej pory i przez szereg lat uznawaną za zaginioną (oprócz kilku plansz) pracę „Binio Bill… i Szalony Heronimo”. Od razu należy stwierdzić, że jest to dobra inicjatywa wydawnicza – w tym sensie, o którym była mowa wcześniej. Jest to też publikacja wydana porządnie, z dbałością o jej wymiar estetyczny. Odpowiedzialność za jej kształt graficzny wziął na siebie znany rysownik komiksów Andrzej Janicki (opracowanie graficzne i projekt okładki). W tych wysiłkach wspierał go Roman Maciejewski (liternictwo) zaś od strony technicznej nad wysoką jakością komiksu pracował Maciej Kowalski. W rezultacie czytelnicy otrzymali atrakcyjne wizualnie dzieło. Warto dodać, że oprócz samego (liczącego 50 stronic) czarno-białego komiksu na wewnętrznych stronach okładki, jak również w kończącym album artykule „Binio Bill – kowboj znad Wisły” autorstwa Macieja Jasińskiego, zaprezentowano szereg interesujących faktów dotyczących omawianego tytułu, serii o „Binio Billu” i oczywiście na temat dokonań artystycznych Jerzego Wróblewskiego. W rezultacie analizowana publikacja stanowi spójną całość i nie tylko dobrze się „prezentuje” od strony estetycznej, ale stanowi źródło konkretnej wiedzy na temat twórczości bydgoskiego rysownika. Tak więc omawiane wydawnictwo może w pełni satysfakcjonować czytelników ponieważ zadbano o jego wartość estetyczną i merytoryczną. Nie należy się temu dziwić wszak, w niczym nie uchybiając wydawcom, należy pamiętać, że o jakość plastyczną samego komiksu „zadbał” już dawno temu Jerzy Wróblewski. Nieprzypadkowo rysownik ten uznawany jest za jednego z klasyków polskiego komiksu. Zanim więc powiemy coś więcej o samym komiksie (rysunkach i scenariuszu) warto niewtajemniczonym, bodaj w wielkim skrócie wyjaśnić, dlaczego Jerzy Wróblewski zasługuje na miano klasyka polskiego komiksu. Zazwyczaj słowu „klasyk” towarzyszy słowo „artysta”. Jednak w czasach kiedy słowo „artysta” straciło swoje dawne, wyraziste znaczenie i do tego grona zalicza się na przykład najbardziej trywialne gwiazdy pop-kultury, słowo „rzemieślnik” brzmi bardziej rzeczowo i wiarygodnie. Dlatego wolę w stosunku do Jerzego Wróblewskiego używać określenia „rzemieślnik” komiksu, przypisując temu słowu najlepsze konotacje: fachowość, rzetelność i konsekwencję. Są to „odwieczne” cechy dobrych rzemieślników i bydgoski rysownik je posiadał. Istotnie, Wróblewski pielęgnował w swojej twórczości etos pracy rzemieślnika, ale nie oznaczało to wcale, że pozbawiona była ona znamion artyzmu. Przeciwnie, Jerzy Wróblewski był artystą w bardzo tradycyjnym znaczeniu tego słowa. Tak samo jak artystami byli dawni mistrzowie malarstwa czy rysunku, kiedy wspinali się na szczyty swoich rzemieślniczych umiejętności i latami wypracowywali swój styl rysowania bądź malowania. Sądzę, że Wróblewski zgodziłby się z Edgarem Degas’em, który na pytanie dlaczego wciąż cierpliwie poprawia swoje świetne przecież rysunki miał odpowiedzieć: „To by nie było takie zabawne gdyby nie było takie nudne”. Polski rysownik był obdarzony łatwością rysowania, ale rozumiał, że ta wspaniała umiejętność może być pułapką jeżeli nie będzie rozwijana. Klasyk nigdy nie kontentuje się mianem klasyka, tylko pracuje dalej. W przeciwnym razie staje się artystycznym kabotynem. Mówiąc krótko; to wysoka, nieustannie doskonalona jakość pracy, a nie deklaracje znawców czy krytyków komiksu (lub oświadczenia samego autora – jak to się czasem zdarza) pozwalają umieścić omawianego twórcę w gronie klasyków polskiego komiksu. Trzeba też wspomnieć o jeszcze jednym elemencie, który artyści lubią zawłaszczać sugerując, że jest charakterystyczny tylko dla ich aktywności, a którego przecież nie brakuje i wybitnym rzemieślnikom. Chodzi o autentyczną pasję tworzenia. Wydaje się, że dla Jerzego Wróblewskiego rysowanie komiksów było czymś więcej niż tylko źródłem zarobku, czy profesją. U źródeł jego pracy leżała wszak bezinteresowna potrzeba rysowania – nie tylko komiksów, których wykonał, jak na polskie standardy (i chyba nie tylko na polskie) bardzo dużo. Oprócz bowiem prac komiksowych tworzonych w dwóch stylach; realistycznym i groteskowym autor „Binio Billa” pozostawił po sobie m.in.: wiele dowcipów rysunkowych (brał udział w krajowych i zagranicznych wystawach rysunku satyrycznego i współpracował regularnie z pismem satyrycznym „Karuzela”), ilustracji książkowych, projektów graficznych i reklamowych. Wykonywanie zleceń dla lokalnej i ogólnopolskiej prasy a potem dużych, ogólnokrajowych wydawnictw było więc dla niego i pracą i realizowaniem pasji. Jerzy Wróblewski był także klasykiem polskiego komiksu ponieważ jak każdy klasyk wywierał określony wpływ na młode pokolenie rysowników. I to, jak wspomniano, w czasach niełatwych, kiedy nikt nie słyszał o lokalnych lub ogólnokrajowych spotkaniach twórców i miłośników komiksu, podczas których mistrzowie mogą prezentować się początkującym twórcom tej sztuki. Warto zauważyć, że podziwiali go mieszkający wtedy w Bydgoszczy młodzi adepci tego gatunku. Należał do tego grona m.in. Andrzej Janicki obecnie jeden z czołowych twórców współczesnego komiksu w naszym kraju. Wpływ Wróblewskiego na powstanie w Bydgoszczy tak znaczącego w skali kraju środowiska autorów komiksu był bardzo duży. W tym wypadku potwierdziła się reguła, mówiąca o tym, że pojawienie się w jakimś środowisku twórczym jednostki wybitnej stanowi cenny precedens i podstawę, na której można dalej owocnie pracować, pielęgnując jednocześnie dotychczasowe tradycje. Poza tym, talent Wróblewskiego nie był przytłaczający dla młodych rysowników, ale przeciwnie – wyzwalał w nich twórczą energię i zapał do pracy. W tym kontekście szczególną sympatię i uznanie budzi inicjatywa wydawnicza Janickiego – czy szerzej rzecz ujmując – cały szereg jego inicjatyw zmierzających do przypomnienia Bydgoszczanom, ale i miłośnikom komiksu w Polsce znaczenia Wróblewskiego dla rozwoju komiksu w naszym kraju. Można te wysiłki traktować przecież jako konsekwentne upominanie się dawnego ucznia o pamięć na temat dokonań mistrza. Nie jest to zbyt często spotykana postawa wśród artystów. Oczywiście uznanie należy się nie tylko wspomnianemu Andrzejowi Janickiemu, ale wszystkim osobom, które w taki, czy inny sposób próbowały i nadal próbują w takich inicjatywach brać udział. Jerzy Wróblewski nazywany jest dzisiaj klasykiem polskiego komiksu, ale bycie klasykiem nie jest zadekretowane odgórnie i prawdę powiedziawszy bydgoski rysownik nigdy się o to nie starał. Prawdopodobnie gdyby pracował z takim nastawieniem, żeby osiągnąć status „polskiego klasyka komiksu” – nigdy by nim nie został. Jego nie napędzały do pracy powierzchowne gratyfikacje i chęć zdobycia uznania, ale wspomniana już autentyczna potrzeba rysowania. Prawdę powiedziawszy klasykiem często staje się idąc wbrew dominującym prądom społecznym czy artystycznym. I w związku z tym, początkowo nic późniejszego uznania nie zapowiada. Tak było w przypadku Jerzego Wróblewskiego. Realizowanie pasji nie było łatwe w sytuacji kiedy trudności sprawiało nawet zakupienie podstawowych materiałów i mediów rysunkowych oraz malarskich. Kiedy status rysownika komiksów był bardzo niski. Zarówno status tego zawodu w odbiorze społecznym, jak i w optyce oficjalnych instytucji kulturalnych. Dominująca polityka kulturalna państwa była przecież odbiciem ogólnej strategii władzy z naturalną dla tej władzy instrumentalizacją kultury – w tym kultury popularnej. Twórcy komiksów w Polsce jeżeli chcieli zarabiać na życie rysując musieli zgodzić się na dobrowolną marginalizację. Dla Wróblewskiego, który był autentycznym, „urodzonym” pasjonatem komiksu, a szerzej rzecz ujmując – amerykańskiej kultury popularnej – wszelkie ingerencje w tematykę prac, wtłaczanie w komiks „słusznych” ideologicznie treści, musiało być i zapewne było trudne do zniesienia. Czuł się z tym źle jako człowiek, który myślał samodzielnie i nie był podatny na oficjalną propagandę polityczną. I czuł się z tym źle jako profesjonalista – bo scenariusze do których miał rysować na przykład przygody „Kapitana Żbika” – tworzone były bez znajomości warsztatu komiksowego, przez funkcjonariuszy MO. Oznaczało to, że były przeładowane treściami propagandowymi i dydaktycznymi. Nie najlepsza jakość takich scenariuszy musiała oddziaływać na jakość prac. Brak wpływu na tak ważną część procesu tworzenia komiksu jaką jest bez wątpienia scenariusz musiała być frustrująca. Nieprzypadkowo więc do najlepszych dzieł Jerzego Wróblewskiego należały te prace, które były wolne od polityki, i które były w pełni zaprojektowane i wykonane przez bydgoskiego rysownika. A miał on przecież nie tylko świetnie opanowany warsztat rysowniczy, ale dysponował też niemałym talentem scenarzysty. Wróćmy teraz do wydanego przez BB Team komiksu „Binio Bill… i Szalony Heronimo”. Oprócz tego, że jak dowiedziono było to dzieło nie tylko tytularnego, ale i rzeczywistego klasyka polskiego komiksu to reprezentowało ono najlepsze elementy jego twórczości. Czarno-białe rysunki dobrze oddają cechy stylu groteskowego jaki wypracował sobie Jerzy Wróblewski pracując nad komiksem o przygodach szeryfa z Rio Klawo od początku lat 80-tych („Szalony Heronimo” to ostatni z serii tych komiksów, ukończony w 1991 roku tuż przed śmiercią rysownika). Był to zatem komiks rysowany z niezwykłą lekkością i pewnością ręki. Nie odstawał też jakością scenariusza od wcześniejszych opowieści o Binio Billu. Czytelnik znajdzie w omawianym dziele spójną, sprawnie opowiedzianą historię przygodową z Dzikiego Zachodu. Pełną kowboi, Indian, żołnierzy kawalerii amerykańskiej, różnej maści opryszków, której dodatkowego waloru dostarcza obecność uroczej bohaterki o swojsko brzmiącym nazwisku Katherine Górsky. Jest to mówiąc krótko sprawnie skonstruowany western z widokami rozległej prerii w tle i zagubionymi na niej miasteczkami pogranicza oraz fortami wojskowymi. Wróblewski uwielbiał tego rodzaju fabuły i od lat tworzył je zarówno w konwencji realistycznej jak i groteskowej. Jednak talent tego rysownika nie polegał tylko na tym, że potrafił on stworzyć profesjonalne komiksy o tematyce westernowej. Wydaje się, że doskonale rozumiał istotę medium, którym się posługiwał. Chodzi o to, że komiks jest przede wszystkim narracją ludyczną, mającą dostarczyć czytelnikowi wiele bezpretensjonalnej i szczerej radości z lektury. W tym tkwi siła tego typu przekazów. W prostocie, która bywa niekiedy trudniejsza niż wysilania się na źle rozumianą „awangardowość”, którą w konsekwencji można tylko skomentować słowami Gombrowicza: „Im mądrzej tym głupiej”. Talent Wróblewskiego polegał na tym, że świetnie wyczuwał te ludyczne oczekiwania czytelników i potrafił je zaspokoić. Nie było łatwo wykreować nieskomplikowaną, ale właśnie w swojej prostocie ujmującą postać Binio Billa – głównego bohatera całej serii. Binio to przecież niemal idealny bohater komiksowy – a więc taki, którego komiksowe „życie” wydaje się dla odbiorcy zupełnie naturalne. Nie wymagające żadnych dodatkowych usprawiedliwień. A przecież stworzenie takiego bohatera nie było tak oczywiste, jak jego późniejsza akceptacja przez czytelników. Wystarczy prześledzić „westernowe” prace Wróblewskiego z dawnych lat, jeszcze z bydgoskiej popołudniówki „Dziennik Wieczorny”, żeby uświadomić sobie jak długi był proces dochodzenia autora do właściwego kształtu tej postaci – i w sensie rysunkowym i fabularno-charakterologicznym. W rezultacie tych długich procesów ratyfikacji i nawarstwiających się wpływów Jerzemu Wróblewskiemu udało się stworzyć na tyle charakterystyczną i lubianą postać, że po latach celebrujemy wydanie nieznanych wcześniej przygód szeryfa z Rio Klawo. W czym konkretnie tkwiła siła tego bohatera? Prawdopodobnie w tym, że Binio łączył w sobie najlepsze cechy typowego przedstawiciela westernu, jak odwagę i szlachetność z pewną oryginalną, lokalną specyfiką. Otóż Binio Bill godził w sobie elementy słowiańskiej nieobliczalności (szeryf bywał w swoich działaniach brawurowy niczym szwoleżer Kozietulski), amerykańskiego luzu (widać w tej postaci swobodę i umiłowanie przestrzeni typową dla bohaterów amerykańskich westernów) i polskiego zmysłu improwizacji (Binio jest przecież Amerykaninem polskiego pochodzenia). Poprzez takie skomponowanie postaci Binio Bill wydawał się polskiemu czytelnikowi niezwykle bliski, swojski, ale równocześnie „zachodni”, amerykański – co przez wiele lat dla Polaków oznaczało; bardzo atrakcyjny. Jednocześnie pomimo tego, że szeryf z Rio Klawo był zarówno pełnoprawnym „obywatelem” amerykańskich prerii i był z pochodzenia Polakiem udało się Wróblewskiemu uniknąć tak nieznośnej, a pojawiającej się czasem także w wytworach kultury popularnej, megalomanii narodowej (wspaniały Polak w Stanach Zjednoczonych!). Rysownik stworzył więc oryginalnego bohatera polsko-amerykańskiego (o czym powinny dowiedzieć się wreszcie zainteresowane ambasady obu krajów!). Kończąc omawianie nowo wydanego tytułu „Jerzy Wróblewski przedstawia: „Binio Bill… i Szalony Heronimo” należy raz jeszcze podkreślić wysoką jakość tego wydawnictwa, co jak zostało powiedziane, było zasługą zarówno osób publikujących komiks jak i talentu autora komiksu. Warto jednak sięgnąć po „Bino Billa” nie tylko ze świadomością, że najbliższy czas spędzimy miło przy jego lekturze (a to już niemało). Pamiętajmy jeszcze, że dzięki takim inicjatywom wydawniczym jak ta, wierni miłośnicy talentu Jerzego Wróblewskiego mieli okazję zapoznać się z nieznanymi wcześniej pracami bydgoskiego rysownika, zaś osoby, które o nim nie słyszały, a komiksem się interesują, miały szansę zaznajomić się z reprezentatywnym fragmentem jego dokonań artystycznych. Poza tym, przypominanie o klasykach komiksu polskiego to również dowartościowanie ich wpływu na naszą rodzimą kulturę. I za to również należą się wydawcom podziękowania – już nie tylko ze strony miłośników komiksu w naszym kraju, ale po prostu ze strony ludzi partycypujących w kulturze. Z przodu na okładce albumu umieszczono nagłówek: „Jerzy Wróblewski przedstawia”, zaś na jego końcu widnieją zapowiedzi kolejnych odcinków przygód Binio Billa. Pozostaje więc mieć nadzieję, że to poważne zobowiązanie Wydawców, niezależnie od trudności jakie się pojawią na ich drodze, zostanie zrealizowane. Warto w każdym razie żywić taką nadzieję.
JERZY WRÓBLEWSKI PRZEDSTAWIA: „BINIO BILL… I SZALONY HERONIMO”, Wydawnictwo BB Team, Bydgoszcz 2009. Autor recenzji: Dr Marcin Jaworski (Zakład Edukacji Artystycznej UMK w Toruniu)

4 komentarze:

  1. Świetna recenzja!!!
    Według mnie w czasach, kiedy Wróblewski tworzył, był numerem jeden wśród rysowników realistycznych. Wtedy Rosiński nie dorastał mu do pięt, szczególnie w rysowaniu dynamicznych kadrów ;-)
    Cieszę się, że jego osoba i twórczość są powoli odkurzane przez BB Team, trzymam kciuki i czekam na więcej.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki Hades (w imieniu Marcina)!
    Wydaje mi się, że Wróblewskiego i Rosińskiego ciężko porównywać, bo to przecież bardzo różne szkoły rysunku i różne fascynacje. Wróblewski doskonale czuł się (od początku) w klasycznym amerykańskim stylu (stąd ta dynamika), który Rosińskiego chyba w ogóle nie kręcił.
    Z rysunkami Wróblewskiego miałem kontakt jeszcze szczenięciem będąc, zatem w tym względzie z obiektywizmem u mnie krucho :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo ciekawy artykul, jakze zasluzonego autora. Pamietam jaka euforie wywolal jego artykul na temat JW w AQQ kilka lat temu.Bardzo jestem rad ze wymienilismy kiedys korespondencje o jego prekursorskiej pracy (chyba)magisterskiej na temat MISTRZA.

    OdpowiedzUsuń
  4. BB Team, jak nazwa wskazuje jest zespołem (Magdalena Bochniak, Maciej Jasiński i Krzysztof Mirowski i ja). Marcin Jaworski mocno docenił/przecenił moje działania i rolę w tym zespole, choć nie wydaje mi bym jakoś szczególnie wyróżniał się w jego ramach. Jednak, tak naprawdę impulsem do "odkurzenia" mojej znajomości z Magdą Bochniak wiele lat temu był właśnie Marcin, który chciał zebrać materiały do swojej pracy magisterskiej. To właśnie on jako pierwszy przeglądał kartony i teczki ze "skarbami" pozostałymi po Mistrzu. Jego rola w przywracaniu pamięci o Jerzym Wróblewskim jest równie ważna, jak wszystkie kolejne działania. Co więcej, Marcin na tym nie poprzestaje :)

    OdpowiedzUsuń