poniedziałek, 26 lipca 2010

HEXUS

Kilka dni temu nakładem wydawnictwa „Kochmed” ukazał się komiks „Hexus”, którego autorem jest Roman Maciejewski. Od wielu lat nie mieliśmy okazji do oglądania prac Romana, zatem wypada przypomnieć, że był on jednym z założycieli „Studia Komiks Polski” i magazynu komiksowego „Awantura”. Ma w swoim dorobku między innymi album „Władcy Wielkich Nizin”, publikacje w Awanturze, AQQ, Komiks Forum, Saturatorze. Projektował także okładki do książek a obecnie pracuje w firmie reklamowej.

Komiks „Hexus” powstawał w latach 1993 - 97 z myślą o publikacji w kolorze. Teraz wydany został w czerni i bieli, z kolorową okładką. Pomysłodawcą wydrukowania tej opowieści był Tomasz Marciniak, który zaproponował komiks znajomemu wydawcy, aby wykorzystać moment hucznie zapowiadających się obchodów 600. Rocznicy Bitwy pod Grunwaldem. „Hexus”, to pełna akcji, szpiegowskich intryg i humoru opowieść historyczno - przygodowa. Zaczyna się w roku 1408 w Golubiu - Dobrzyniu, później przenosi nas do Torunia oraz Malborka i oczywiście dotyczy konfliktu polsko - krzyżackiego. W toruńskich „Nowościach” możecie przeczytać materiał Tomasza Bielickiego przygotowany z okazji wydania komiksu a ja zapraszam na krótką rozmowę z Romkiem.
...
Andrzej Janicki: Historia Polski to Twoja główna pozakomiksowa pasja, ale w „Heksusie” potraktowałeś ją z dużym przymrużeniem oka. Postacie mają współczesne przemyślenia (także koń głównego bohatera), przeważnie posługują się zwyczajnym językiem, tylko niekiedy wkładasz im w usta jakieś archaizmy. Widać, że skupiałeś się na wątku przygodowym a nie na podręcznikowych faktach.
Roman Maciejewski: Tak, ponieważ ten komiks ma być przede wszystkim zabawą, a nie Ilustrowaną Historią Polski. Uwielbiam łączyć wielkie sprawy z uszczypliwym uśmiechem. Często ważne wydarzenia prowokują żeby się z nich uśmiać. Polska jest prawdziwym rajem dla prześmiewców. Aby nie zwariować trzeba podchodzić do naszej rzeczywistości z humorem. Przykład: Krzyż przed Pałacem Prezydenckim i ludzie, którzy robią z tego piekiełko. Przygotowanie komiksu do druku odbywało się w bardzo szybkim tempie. Miałeś zaledwie kilka dni na jego odkurzenie, skanowanie i prowizoryczną obróbkę w komputerze.
Niestety tak, dlatego korzystając z okazji chcę przeprosić za niedoróbki i jeden błąd ortograficzny (nie ujawnię, w którym miejscu). Słyszałem też zarzuty, co do nadmiaru kreski i nieczytelnych planów. Chcę wyraźnie zaznaczyć, że pierwotnie komiks miał być kolorowy! To właśnie kolor miał zbudować przestrzeń. I jeszcze jedno. Pamiętam, że kiedy kończyłem ten komiks w 1997 roku ostatnie sześć stron narysowałem w ciągu 3-4 godzin, wtedy też się spieszyłem. Ale i tak jestem zadowolony, ponieważ lubię tę historyjkę. Czy po obecnej, niespodziewanej publikacji kusi Cię jeszcze dokończenie wersji kolorowej, wprowadzanie jakichś zmian i poprawek?
O tak! Chciałbym zrobić ponownie ostatnie strony, wpisać tekst z „kompa” a nie ręcznie, no i dorobić kolor, którego próbki można zobaczyć na tylnej okładce. Mam też scenariusz drugiej części. Intryga układa się mniej więcej tak, że w roku 1409 Krzyżacy potajemnie sprowadzają supernowoczesne kusze. Polacy oczywiście dowiadują się o tym i robią wszystko, aby je przejąć. Koń, który jest jednym z najciekawszych bohaterów opowieści, też się pojawi. Twój albumowy debiut z roku 1991, czyli „Władcy Wielkich Nizin”, to prawdopodobnie ostatni komiks w Polsce, który miał do czynienia z peerelowską cenzurą!
Tak, do dzisiaj mam traumę. Wydawnictwo KAW uświadomiło mi, że zrobiłem komiks dla dzieci, ale polityczny. W komiksie występuje „smok” o czerwonej skórze. No i biedak ma z tym problem. Na końcu historii pojawia się malutki ssak. „Smok” patrząc na niego zastanawia się, co z takiego maleństwa może wyrosnąć. Mały mruga do widzów i mówi: „Zobaczymy”. To był łabędzi śpiew cenzury. Musiałem zmienić tytuł, poprzedni „Legenda” też się jakoś krzywo kojarzył. Główny bohater był od tej chwili Rumiany, nie Czerwony. Dzięki temu zabiegowi kolor postaci już nikogo nie raził w oczy a ja nie zostałem kombatantem, ugiąłem się dla mamony. Odkąd pamiętam, czyli od czasów PLSP, trzymasz się tego samego, pędzlowego, dynamicznego i humorystycznego stylu, który teraz nazywa się „cartoonowym”. Próbowałeś jednak realistycznej kreski. W „plastyku” bardzo mi się podobały Twoje ilustracje do „Obcego”, malowałeś też znakomite obrazy. Masz jakieś ciągoty do realistycznych przedstawień, czy tylko żarty Ci w głowie?
Tylko żarty. Ja tak naprawdę nie lubię poważnych komiksów. Według mnie historie „na serio” się w tym medium nie sprawdzają. Jedne z najsłynniejszych serii komiksowych na świecie i u nas to komiksy humorystyczne, a nie „obyczajówki” typu „Osiedle Swoboda” (sorry, Śledziu!), czy inne takie... Ech, nie chcę nikogo obrazić. Te poważne i realistyczne komiksy są paradoksalnie najmniej prawdziwe, jakieś nieszczere. Najchętniej czytamy te wesołe, pełnokrwiste opowieści z wyrazistymi i raczej sympatycznymi bohaterami. No, przyznajcie się chłopcy i dziewczynki, że to was kręci! 

Jakim cudem, przez tyle lat znajomości, całkiem nieźle się dogadywaliśmy, skoro mamy tak różne spojrzenie na komiks?
Fakt, to dosyć dziwne. Ostatnio częściej piszesz niż rysujesz, odpuściłeś sobie rysowanie komiksów? Dlaczego tak się stało i czy masz jakieś komiksowe plany?
Plany mam dosyć ambitne. Marzy mi się „powieść komiksowa” - rysunek komiksowy połączony z dużą ilością tekstu, czyli nieco inne proporcje niż w typowym komiksie. Właśnie pracuję na takim materiałem i wersję roboczą publikuję na blogu. Marzy mi się też, aby ilustracje zrobił Andrzej Janicki, tyle, że on jeszcze o tym nic nie wie... Akcja tej historii rozgrywa się w małej miejscowości Grobowo i wierzcie mi, dzieją się tam naprawdę dziwne rzeczy. Spisuję także dramatyczne wspomnienia ze służby wojskowej. Masz sporą kolekcję komiksów, choć zapewne nie tak dużą jak książek historycznych, czy wciąż je kupujesz? Jesteś zainteresowany tym, co dzieje się w polskim komiksie?
Przyznam się, że ostatnio powróciłem również do dawnej fascynacji literaturą fantastyczną. Nadrabiam zaległości z ostatnich paru lat - a były one raczej mało przyjemne. Jest też kino, film kocham nadal. Nie podniecam się tym, co dzieje się na naszym „rynku komiksowym” Chciałbym doczekać się godnego następcy Janusza Christy. Dobra, swojska seria w klimacie „Kajka i Kokosza”, czy „Kajtka i Koko w kosmosie” - to by mnie mocno zainteresowało. Aha, no i nadal kocham Tytusa, lubiłem też Kleksa i bardzo mi odpowiada dowcip w komiksach Tadeusza Baranowskiego. Szukam tego typu propozycji. Mam nadzieję, że „Hexus” nie jest Twoją ostatnią publikacją, będę za to trzymał kciuki.
Oby tak się stało. Jestem mniej więcej w połowie pracy nad pewną historyjką, to fantastyka na wesoło, oczywiście. Rozpocząłem nowy etap w swoim życiu. Chociaż, prawdę mówiąc nie miałem go w planie. „Don't worry be happy” - trzeba myśleć pozytywnie, po amerykańsku, że będzie dobrze. Dzięki za możliwość wygadania się.

czwartek, 15 lipca 2010

600. Rocznica Bitwy pod Grunwaldem

15 lipca 1410 r. na polach pod Grunwaldem rozegrała się jedna z największych bitew średniowiecznej Europy. Maciej Jasiński i Łukasz Ciaciuch odkryli całą prawdę o tym wiekopomnym wydarzeniu.

środa, 7 lipca 2010

Powrót Krisa

Pomyślałem sobie, że nadszedł odpowiedni moment, aby czytelnikom tego bloga przybliżyć sylwetkę Krzysztofa „Krisa” Różańskiego. Bezpośrednim powodem ku temu była wystawa projektów koncepcyjnych do filmu animowanego Roberta Turło pt.: „Szafa gdańska” zaprezentowana przez Ratusz Staromiejski w Gdańsku. Współpraca Krzysztofa i Roberta przy realizacji filmów animowanych ma długą historię i zaowocowała min. wieloma nagrodami na międzynarodowych festiwalach filmów animowanych i programów dla dzieci. Mimo sukcesów na tym polu a wcześniej wielu publikacji komiksowych w różnych magazynach (Awantura, AQQ, Qriozum, Komiks Forum, Paradox, Czas Komiksu, Fenix... ) Kris był do niedawna postacią nieco zapomnianą przez środowisko komiksowe. Przypomniał o sobie uruchamiając własnego bloga, w grudniu 2008 roku i całkiem niedawno (marzec 2010) kolejnego, który jest w całości poświęcony projektowi komiksowemu o intrygującym tytule „Szlag!”. Jestem przekonany, że Kris powrócił już na dobre do naszej przestrzeni komiksowej i warto przyjrzeć się mu bliżej. Zapraszam niniejszym do lektury rozmowy z Krzysztofem „Krisem” Rożańskim. Andrzej Janicki: W gdańskim Ratuszu Staromiejskim prezentowane były projekty koncepcyjne do nowego filmu animowanego Roberta Turło zatytułowanego „Szafa gdańska”. Jaki jest Twój udział w tym projekcie?
Krzysztof „Kris” Różański: Robert Turło zaprosił mnie, Marcina Jakubowskiego, Szymona Kaszubę i Radosława Samagalskiego do przygotowania pierwszych konceptów plastycznych pełnometrażowego filmu animowanego, którego akcja rozgrywa się wokół tytułowej „Szafy Gdańskiej”. Zaprojektowałem logo filmu, sylwetki głównych bohaterów oraz kilka scenerii, w których rozgrywa się akcja filmu. Koledzy również przygotowali swoje wersje postaci i scenerii, a Szymon Kaszuba razem z Robertem zmontowali krótką, animowaną prezentację naszych pomysłów, zilustrowaną muzycznie przez Marka Kuczyńskiego. To dopiero zaczyn, z którego, mam nadzieję, wyłoni się ostateczna wizja filmu. W zamierzeniu jest to bardzo ambitne przedsięwzięcie, wymagające sporych funduszy i przychylności różnych instytucji, w tym także regionalnych. Stąd zrodził się pomysł wystawy, prezentującej pierwszy etap pracy nad filmem, który mogliśmy zrealizować dzięki stypendiom Prezydenta Miasta Gdańska. Sama wystawa, która odbyła się w galerii Nadbałtyckiego Centrum Kultury, miała na celu rozpropagowanie naszego projektu wśród Gdańszczan, wywołanie zainteresowania mediów i potencjalnych sponsorów.
Z pracą przy animacji zetknąłeś się po raz pierwszy w 1997 roku za sprawą w/w Roberta i teledysku zespołu „Pudelsi” do piosenki „Oto”, ale nie przypominam sobie by ta dziedzina sztuki była jakimś szczególnym obiektem Twoich zainteresowań. Tymczasem strasznie cię owa branża wessała. Filmy w realizacji, których brałeś udział odnoszą sukcesy, zdobywają nagrody, pojawiają się w telewizji i na DVD... Twoje plany zawodowe kręcą się głównie wokół animacji, dla niej rzuciłeś pracę w agencji reklamowej. Wygląda na to, że masz jasny plan na przyszłość i poważne perspektywy?
Jestem przekonany, że moje zainteresowanie grafiką narracyjną wypłynęło po części z fascynacji filmem. To dwie mocno wpływające na siebie dziedziny sztuki. W przypadku filmu animowanego ten związek jest jeszcze wyrazistszy. Obie formy przekazu wymagają przekonującej oprawy plastycznej. Nic dziwnego, że twórcy komiksowi przenikają do świata filmu animowanego. Jestem takim właśnie przypadkiem. Robert potrzebował sprawnego rysownika, który pomoże mu w pracy nad klipem, reklamówką lub bajką dla dzieci. Powoli zamieniło się to w niemal stałą współpracę. Kiedy otrzymałem propozycję pracy nad serialem „Miś Fantazy”, musiałem postawić na film, bo praca na kilka frontów była nie do pogodzenia. Z czasem uzbierała się spora lista filmów, w których „maczałem palce”. Ponieważ trudno w tej branży liczyć na stałość zleceń, powoli wychylam się z własną inicjatywą. W tej materii mocno wpiera mnie moja żona, Małgorzata. Mamy kilka świetnych pomysłów na filmy animowane i walczymy o ich realizacje.
Na początku maja br. ujawniłeś na blogu informacje o filmie „Rejza”. Jest to projekt, w który zaangażowałeś się mocniej niż do tej pory. Jesteś współautorem scenariusza, autorem koncepcji plastycznej i projektów postaci. Interesujesz się historią, mistycyzmem, magią... „Rejza” to wymarzony materiał dla Ciebie, ale czy rozmowy o tym pomyśle były łatwe, Nie będzie to przecież animacja przeznaczona dla dzieci? Kiedy ruszy produkcja i jaką techniką film będzie realizowany?
„Rejza” spotkała się w TV Studiu Filmów Animowanych w Poznaniu z bardzo przychylnym przyjęciem. To nasz debiut w roli scenarzystów filmowych i Ewa Sobolewska, szefowa Studia, okazała nam nieocenioną pomoc i życzliwość. W rezultacie powstał bardzo dobry materiał wyjściowy na film. Produkcja mogłaby ruszyć jeszcze jesienią tego roku, jeśli tylko dostaniemy fundusze z PISF-u. Realizacyjnie to będzie mix technik 2D i 3D. Będziemy eksperymentować, ale mam nadzieję, że uda nam się zrobić ciekawe kino i udowodnimy, że można, także w Polsce, niekonwencjonalnie i atrakcyjnie opowiadać o historii, w tym przypadku, o mało znanym epizodzie z dziejów średniowiecznej Europy.
Wystąpiłeś również w filmie fabularnym, prawda?
„Wystąpiłeś” to za dużo powiedziane. Ewa Pytka, reżyserka i producentka filmu „Milczenie jest złotem”, poprosiła mnie o przygotowanie rysunków i projektów plastycznych, które pojawiają się w filmie, ponieważ jeden z bohaterów, grany przez Jana Wieczorkowskiego, jest grafikiem i rysownikiem komiksów. Byłem na planie filmu, kręconego częściowo w malowniczej willi w Podkowie Leśnej, poznałem ekipę i aktorów. To było dla mnie ciekawe przeżycie. To wszystko, co mogę powiedzieć na ten temat.
Rysownicy komiksów zarabiający pieniądze w reklamie, przy produkcji gier komputerowych lub filmów animowanych to obecnie dosyć powszechna praktyka, czy jednak rzuciłbyś tę robotę, gdyby rynek komiksowy w Polsce miał do zaoferowania jakieś sensowne warunki pracy?
Mówisz o sytuacji idealnej, o której każdy twórca komiksowy marzy. Gdzie wydawcy płacą Ci godziwie za to, co uwielbiasz robić, gdzie czytelnicy kochają twoje komiksy i wykupują całe nakłady, za co z kolei uwielbiają cię twoi wydawcy. Złote kółeczko szczęścia. Realia w naszym kraju odbiegają bardzo mocno od tych wyobrażeń. Oczywiście chętnie utrzymywałbym się z samych komiksów, bo zawsze chciałem to robić. A po doświadczeniach z pracy w różnych środowiskach, chciałbym jeszcze bardziej, przede wszystkim z jednego powodu – w komiksie jestem jedynym kreatorem przekazu, a to wielki komfort, na który w reklamie, czy w filmie trudno sobie pozwolić.
Kris, jak to się zaczęło? Zobaczyłeś gdzieś pierwsze komiksowe kadry i od razu wiedziałeś, że chcesz takie rzeczy rysować?
Tutaj musze się odwołać do własnego „mitu założycielskiego”. Zaczęło się paradoksalnie od filmu. Jako kilkuletni gówniarz oglądałem filmy w czarno-białym telewizorze. Pamiętam „Inspektora Mannixa”, „Zorro” i jakieś westerny. Te wszystkie pościgi i strzelaniny robiły na mnie niesamowite wrażenie. Później siadałem przy stole, brałem ołówki i kredki, dzieliłem strony zeszytu na kadry i rysowałem własne historyjki obrazkowe, inspirowane tymi filmami. Dopowiadałem sobie dialogi między bohaterami (nie znałem dymków), nuciłem podkład muzyczny i tak bawiłem się całymi dniami, bez świadomości, że już dawno coś podobnego odkryto i że nazywa się to komiks. Przez całe dzieciństwo zarysowałem setki zeszytów takimi historyjkami. Moje pierwsze zetknięcie z komiksem, to chyba były „Donaldy”, w które zawijane były słynne gumy do żucia o tej samej potocznej nazwie.
Nasze ścieżki zbiegły się na początku niezapomnianej edukacji w bydgoskim „plastyku”, współtworzyliśmy „Studio Komiks Polski” i „Awanturę”, często publikowaliśmy prace w tych samych magazynach i próbowaliśmy we dwójkę tworzyć jakieś komiksowe projekty, wspólnie jeździliśmy do Łodzi na komiksowe imprezy... Gdy nagle! Przeniosłeś się na dobre do Gdańska i przez kilka lat nie istniałeś na komiksowym podwórku. Kiedy opublikowałeś ostatni komiks i dlaczego tak strasznie dawno temu?
Chyba Cię zaskoczę, ale mój ostatni komiks został opublikowany raptem kilka miesięcy temu, w specjalistycznym periodyku dla jednego z towarzystw ubezpieczeniowych. Ale rzeczywiście nie byłem aktywny w naszym światku komiksowym w ciągu ostatniego dziesięciolecia. To był świadomy wybór. Na przełomie wieków rynek komiksowy w Polsce, zalany zachodnimi tytułami, mało miał do zaoferowania polskim autorom i niewiele się zmieniło w tym temacie do dnia dzisiejszego. Zdecydowałem się na pracę na etacie w agencji reklamowej, pojawiły się zlecenia filmowe, a moja pasja komiksowa musiała ustąpić miejsca stabilizacji.
Decyzja o prezentacji na blogu kolejnych stron komiksu „Szlag!” była dosyć odważna. Szlag! powstaje z myślą o publikacji papierowej, czy zatem chcąc zainteresować pomysłem potencjalnego wydawcę nie strzelasz sobie w kolano? Czy któryś z nich będzie chciał wydać niemałą kasę na druk komiksu, który można znaleźć w sieci?
Jestem miłośnikiem komiksu drukowanego na papierze. Lubię czytać opowieści graficzne wydane w zgrabnych zeszytach lub w „wypasionych” albumach, po które mogę w każdej chwili sięgnąć na półkę, nie martwiąc się, czy akurat jest dostęp do sieci lub czy z gniazdka płynie prąd. Ale doceniam „nowe media” i potęgę oddziaływania internetu, dlatego zdecydowałem się popularyzować swoją twórczość w blogosferze. Wykreowałem bohatera, który spodobał się ludziom zaglądającym na mojego bloga i to oni zdopingowali mnie do pracy nad komiksem z jego przygodami. Publikacja gotowych plansz na blogu, poświęconym temu tytułowi, dyscyplinuje mnie do w miarę systematycznej pracy nad „Szlagiem!”. Przy okazji dziękuję tym wszystkim, którzy bezinteresownie reklamują mój komiks na swoich stronach. Mam nadzieję, że oprócz fanów „Szlaga!”, którzy na bieżąco komentują kolejne strony, znajdzie się także wydawca, który dostrzeże już częściowo wypromowany tytuł i zdecyduje się na wydanie go drukiem. Przykład „Łaumy” KRL-a, której pierwszy rozdział był prezentowany w sieci, pokazał, że nie zaszkodziło to wydaniu papierowemu, a wręcz przeciwnie, świetnie wprowadziło ten komiks do świadomości czytelników. Po prostu ludzie wiedzieli jakie to jest i byli ciekawi, co będzie dalej.
„Ziemia, wyniszczona przez kolejne cywilizacje, czeka na nowe rozdanie. Bratobójcza wojna pomiędzy aniołami pogrąża w chaosie niebiosa...” - to fragment wprowadzenia do świata, który powołałeś do życia w „Szlagu!”. Zawsze imponowałeś mi łatwością budowania epickich, wielowątkowych scenariuszy układających się w wielotomowe opowieści, czy „Szlag!” jest taką historią, czy przenika się z innymi niezrealizowanymi jeszcze pomysłami?
Podziwiam twórców, którzy potrafią, dzięki swojej nieposkromionej wyobraźni, kreować własne światy i wciągać czytelników w pochłaniające opowieści. Sam chciałbym robić takie rzeczy i „Szlag!” jest jednym z takich pomysłów. To hybryda starych idei, których dotąd nie miałem okazji zrealizować i wątków, które wykluły się całkiem niedawno. Postać głównego bohatera jest świeża i to ona nadała zupełnie nowy sens wydarzeniom, które wymyśliłem już dawno temu. Sądzę, że teraz dojrzałem do zebrania tego w całość i zrealizowania tej archetypicznej historii, ubranej w nieco steampunkową konwencję.
Masz w archiwum rozpoczęte komiksy min. „Shran”, czyli bodaj kilkanaście pokolorowanych plansz i jeszcze więcej w ołówku, zamierzasz nad tym komiksem pracować równolegle?
„Shrana” rysowałem wieczorami i w weekendy, gdy pracowałem w agencji reklamowej. To była moja „odtrutka” na tzw. prozę życia. W rezultacie przez cztery lata powstała jedna trzecia albumu, który nadal wygląda nieźle graficznie, scenariusz jest ciągle atrakcyjny, ale moje zapatrywania na ten komiks uległy sporej metamorfozie. Dzisiaj zrobiłbym go inaczej. Może narysuję „Shrana” na nowo, bo to historia warta realizacji.
Zawsze posługiwałeś się wyrafinowaną, secesyjną kreską, bogatą w graficzne ornamenty, ozdobniki i szczegóły. Widać to zwłaszcza w ilustracjach. Twój obecny styl nosi wyraźny, komputerowy ślad i jednocześnie jest ukłonem w stronę „cartoonowej” a nawet mangowej stylistyki. Opowiedz o swoich inspiracjach. Pamiętam, że dawno temu byli to min. Serge Bihannic („Le mage acrylique”, scen. Ph. Druillet) i Aubrey Beardsley. Jak to wygląda obecnie, czyje prace Cię kręcą?
Wymienieni przez Ciebie autorzy nadal mi się podobają, mógłbym wymienić jeszcze dziesiątki innych nazwisk. Chociaż gdybym mógł zabrać na bezludną wyspę tylko jeden komiks, to byłby to z pewnością „Hermetyczny garaż” Moebiusa. To dzieło, które miało zdecydowanie największy wpływ na moje myślenie o tym medium. Poza tym, czerpię inspiracje z bardzo wielu źródeł, niekoniecznie komiksowych. „Romans” z filmem animowanym rozwinął moje fascynacje także w tym kierunku i trochę przestawił plastyczne preferencje. Uwielbiam nowoczesną animację. Czuję przemożny wpływ ludzi komiksu na tę dziedzinę, a współczesne technologie pozwalają coraz łatwiej przenosić pomysły w wirtualną rzeczywistość. Dlatego kocham pracę na komputerze, to dla mnie idealne narzędzie, które daje mi więcej możliwości niż kartka papieru i tusz.
Wiem, że nie jesteś zapalonym kolekcjonerem komiksów. Kupujesz je dla rozrywki, do poczytania na balkonie w ciepłe przedpołudnie, czy też wyłącznie wtedy, gdy niosą jakąś inspirację plastyczną, mają opinię wartościowych lektur? Istnieje „klucz” Twoich wyborów?
Rzeczywiście nie pochłaniam komiksów w ilościach hurtowych. Przeważnie nadrabiam zaległości z poprzedniej epoki i kupuję polskie wydania albumów, które rozpalały moją wyobraźnię, dzięki opowieściom kolegów, mających dostęp do zachodnich oryginałów lub, które znałem wcześniej jedynie z ich warstwy graficznej. Czasem kupuję komiksy ze względu na autorów, których twórczość mi odpowiada, żeby uszczknąć coś z ich warsztatu, albo dla czystej frajdy.
Na zakończenie mam pytanie bardzo prywatne. Twoja żona, Gosia zajmuje się projektowaniem wnętrz i przede wszystkim malarstwem, czy nie próbowała namówić Ciebie na powrót do sztalugi, farb olejnych i terpentyny... Pogodziła się z tym, że masz taką niezbyt poważaną robotę?
Nie wiem, czy w naszym kraju, w obiegowym pojęciu, malowanie obrazów jest uznawane za „poważaną robotę”? Raczej nie, zatem jesteśmy dobraną parą dziwaków, którzy mają „niepoważne zawody”. Na szczęście wspieramy się nawzajem i dajemy odpór głupim stereotypom.
Dziękuję, że zgodziłeś się na ten wywiad, to był mój pierwszy raz... Pozostaje mi zasadzenie drzewa, spłodzenie syna i wybudowanie domu, czyli raczej z górki.
Dzięki. W życiu nie przypuszczałem, że będę kiedykolwiek udzielał wywiadu Andrzejowi Janickiemu, człowiekowi, który razem ze mną „w ciemną noc stanu wojennego” zdecydował się podążyć niełatwą, ale fascynującą drogą polskiego rysownika komiksów.
.................................................................
Krzysztof „Kris” Różański - rocznik `66, bydgoszczanin mieszkający w Gdańsku. Grafik, scenograf, projektant postaci do filmów animowanych i dekoracji, autor komiksów, scenarzysta komiksowy i filmowy. Od 2002 roku współpracuje z TV Studiem Filmów Animowanych w Poznaniu. Był grafikiem w agencji reklamowej Domino Siły Kreatywne (1998 - 2007) a wcześniej redaktorem graficznym w magazynie komiksowym „Awantura” (1990 - 1991). Ukończył Państwowe Liceum Sztuk Plastycznych w Bydgoszczy i studiował grafikę na Wydziale Malarstwa i Grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku.